Tektonika miasta

Joanna Sikorzanka

 

Książka Hansa-Jürgena Bömelburga odsłania przed nami kolejne WARSTWY Łodzi.

Niemiecki historyk na ponad pięciuset stronach przedstawia „Historię wielokulturowego miasta przemysłowego w XX wieku”, które przez wiele lat było niedoceniane, choć jednocześnie zajmowało drugie miejsce pod względem populacji wśród polskich ośrodków.

 

W jego tworzeniu wzięli udział licznie przybywający imigranci z Niemiec, a w tym wykwalifikowani robotnicy i tekstylni przedsiębiorcy. Do Łodzi zjeźdżali też polscy chłopi z pobliskich wsi oraz 
(po zniesieniu dyskryminujących ograniczeń dotyczących osiedlania się w pewnych rejonach) Żydzi. Miasto eksplodowało... Pod koniec XIX wieku liczebność mieszkańców zwiększyła się z 32 do 314 tysięcy.

„Ziemia obiecana” W. Reymonta, powieść I. J. Singera „Bracia Aszkenazy”, opowieści P. Opoczyńskiego czy „Złe miasto” Z. Bartkiewicza i wiele innych świadectw pozwalają nam ujrzeć ówczesną Łódź, w której rządziły interesy i żądza zysku. Miasto na tym korzystało. Pojawiły się maszyny parowe, powstały gazownie i elektrownie, zbudowano pierwszą w Królestwie Polskim elektryczną sieć tramwajową przecinającą Łódź, a także łączącą ją ze Zgierzem, Pabianicami i Tuszynem. Nie wszystkich jednak było stać na bilet. Robotnicy pomimo wielogodzinnej, ciężkiej pracy zarabiali marnie. W 1905 roku wybuchła rewolucja, która pochłonęła śmiertelne ofiary, a rzesze strajkujących (na skutek wprowadzonego przez fabrykantów „wielkiego lokautu”) zostały zepchnięte, jak pisze Bomelburg, w „otchłań nędzy”. Jednocześnie rosła wśród robotników świadomość, że stanowią siłę – rodziła się wtedy czerwona Łódź. To określenie przylgnęło do miasta na długo. Mam wrażenie, że dopiero transformacja 1989 roku, która pogrzebała łódzki przemysł włókienniczy, wytarła ów skojarzenie na dobre.


Lata Wielkiej Wojny, dla Polski będące szansą na odzyskanie niepodległości, stały się kolejną, cienką warstwą w formowaniu miasta. To wtedy – jak pisał działacz społeczny Mieczysław Hertz – „zrozumieliśmy, że Łódź to nasze miasto, że naszym obowiązkiem jest się nim opiekować, zapewniać mu porządek i ład”. Autor monografii we fragmencie poświęconym temu okresowi zaznacza, iż wówczas zaczęło się kształtować społeczeństwo obywatelskie. Opisując te przemiany, zakreśla szerszy krąg czasowy, obejmujący całe międzywojnie, do 1939 roku.


Budowanie miejskiej infrastruktury, rozwój sieci wodociągowo-kanalizacyjnej, wprowadzenie powszechnego obowiązku szkolnego, wyciąganie z wojennej zapaści przemysłu włókienniczego, powstawanie szpitali i zakładów opieki społecznej, dbałość o potrzeby kulturalne mieszkańców – to wszystko stało się możliwe dzięki samym łodzianom. Poczuli oni bowiem odpowiedzialność za swoje miasto. Ale „swoje” miało różne znaczenia. Inne było dla POLAKÓW, inne dla ŻYDÓW, jeszcze inne dla NIEMCÓW. Był to czas politycznych tarć, rozmaitych sojuszy, wybijania szyb wystawowych, brutalności bojówek. Nakładała się na to dalsza pauperyzacja części społeczeństwa, do czego przyczynił się też światowy kryzys gospodarczy. „Żadne inne miasto nie nosi tak nieskrywanie poszarpanej szaty proletariuszki”– napisała po wizycie w Łodzi niemiecka dziennikarka i aktywistka, Elga Kern. Naprężona konstrukcja wielokulturowego miasta rozpadła się w 1939 roku.


Profesor Hans-Jürgen Bömelburg (urodzony w 1961 r.) jest niemieckim historykiem pracującym na Uniwersytecie Justusa Liebiga w Giesen. Od wielu lat współpracuje z UŁ, realizując projekty poświęcone najnowszej historii obu krajów. Nie miałam okazji go spytać, ale sądzę, iż pisanie o latach wojny w okupowanym przez jego rodaków mieście nie było łatwe. To pisanie o świecie, „który uległ zniszczeniu na skutek niemieckiego bestialstwa” (przytaczam jego słowa), mieście, w którym ludność aryjska codziennie przejeżdżała tramwajem przez getto, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi umierały z głodu. Nikt nic nie wiedział? Nie w przypadku łódzkich Niemców i choćby z tego powodu po 1945 roku nie ukazała się ani jedna niemieckojęzyczna historia Łodzi”… Dopiero w 2022 roku czytelnicy niemieccy otrzymali niniejszą monografię, a dwa lata później – w tłumaczeniu Łukasza M. Plęsa – wydało ją Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego.


Na biało-czerwoną warstwę, którą przyniosła niepodległość kładzie się brunatna, a w rzeczywistości czarna. U Bomelburga to blisko dwieście stron relacji o prześladowaniach, polityce rasowej i eskalacji przemocy, wykluczeniu i eksterminacji Żydów, a także o strategiach przetrwania i oporze wobec okupanta. I o „łódzkich” Niemcach w Litzmannstadt, którzy zdradzili miasto i współmieszkańców innej narodowości. Joseph Goebbels, odwiedziwszy w październiku 1939 roku Łódź, pisał: „dlaczego ta kupa gnoju musi stać się niemieckim miastem! To jest syzyfowa praca, jeśli chce się zgermanizować Łódź”. Zmiana nazw ulic i placów. Zburzenie pomnika Tadeusza Kościuszki i synagog. Aresztowania. Wywózki. Egzekucje. W tej czarnej warstwie jest jednak miejsce na szarość. Lucjan Kieszczyński, robotnik z Rudy Pabianickiej pisał, iż „część Niemców, zwłaszcza wśród baptystów, odnosiła się do Polaków tak, jak poprzednio […] brali przykazania boskie na serio…”.


I znów czerwień, tym razem za sprawą Armii Czerwonej, która „wyzwoliła”, a tak naprawdę ponownie zniewoliła Łódź. Nowym komendantem miasta został major Porfirij Furt, we władzach znaleźli się polscy komuniści: Ignacy Loga-Sowiński, Kazimierz Mijal i Mieczysław Moczar – czerwień miesza się z czernią. Okres stalinizmu przyniósł terror, strach i śmierć, a także opór tych, którzy nie chcieli pogodzić się z komunistyczną rzeczywistością. Po wojnie w mieście pozostało blisko 33 tysiące Niemców, którzy – jak pisze Bomelburg – „zostali zdenaturalizowani i wysiedleni”. W niezniszczonym mieście siedzibę miały władze państwowe, ruszył przemysł, rozkwitało życie kulturalne, rozważano nawet przeniesienie tu stolicy. Przyszedł czas na „naszą małą stabilizację” – ruszało coraz więcej fabryk, robotnicy przekraczali normy, powstały: UŁ, PŁ, uczelnie artystyczne, Akademia Medyczna, Filmówka. Miasto dorobiło się więc swojej elity intelektualnej, lecz w powszechnej świadomości nadal było peerelowską prowincją i „miastem włókniarek”. To one właśnie w 1971 roku rozpoczęły strajk, walcząc o lepsze warunki pracy i wynagrodzenie.


Przywołane przez autora monografii wydarzenia z tego okresu mogę skonfrontować z własnymi obserwacjami. Na początku lat 70. rozpoczęłam studia na UŁ, byłam świadkiem rozbudowy miasta, powstania wielkich osiedli dla tysięcy łodzian, modernizacji arterii komunikacyjnych, przełamania włókienniczego monopolu, otwarcia się na świat. Ta warstwa mieni się KOLORAMI – trochę żółci, zieleni, czerwieni, może fioletu? To były czasy, gdy na „Operetkę” Gombrowicza w reżyserii Kazimierza Dejmka do Teatru Nowego ściągały tłumy z całej Polski. Zaczęła działalność „Łódź Kaliska”. Muzeum Sztuki z jego zbiorami dzieł międzywojennej awangardy stało się miejscem cenionym na całym świecie. Moje miasto wzięło głębszy oddech

.
W niedługiej recenzji nie można napisać o wszystkim, co wydarzyło się przez sto lat. Książka, muszę to przyznać, oszałamia swoją zawartością – tyle tu postaci, wydarzeń, miejsc, odwołań i przypisów, że można dostać zawrotu głowy! Zatem już tylko w telegraficznym skrócie – druga połowa lat 70. to spowodowany brakiem funduszy zastój miasta, a jednocześnie czas rodzenia się ruchu opozycyjnego, protesty i prześladowania. Aż wreszcie LATA 80. przyniosły triumf Solidarności, studenckie strajki, marsz głodowy, stan wojenny i codzienną kartkową szarość, urozmaiconą jedynie licznymi wycieczkami do Łodzi osób z całej Polski (poszukujących ubrań, firanek, pościeli i innych luksusowych produktów). Jeszcze trwały „Uniontex”, „Marchlewski”, „Norbelana”, „Olimpia”, „Ortal”, „Fako”, „Bistona” i „Eskimo”. Mniej więcej czterdzieści procent zatrudnionych utrzymywało się z branży włókienniczej, która tak naprawdę nie miała już szans rozwoju, zwłaszcza gdy nastąpiło załamanie rynków zbytu w ZSRR – głównym ośrodkiem zbytu towarów. Reforma Balcerowicza w 1989 roku, stawiająca na liberalne przemiany gospodarcze, dopełniła reszty. Nastąpił krach.


Przemysłu włókienniczego nikt nie zamierzał reaktywować, większość przedsiębiorstw postawiono w stan likwidacji. Stopa bezrobocia przekroczyła dwadzieścia procent, a pozbawieni pracy nie mogli liczyć na sensowne zasiłki czy odprawy. „To była tragedia” – wspomina jeden z robotników – „nikt ręki nie podał włókiennikom”. Znów bieda symbolicznie przybierała twarz kobiety. Wiele osób opuściło Łódź w poszukiwaniu pracy. Miasto stanęło. Wyludniało się. Choć pewnie to również kwestia perspektywy – niektórych zachwycało, np. Davida Lyncha, który napisał – „WHAT A GREAT FACTORY! Thank you”, antycypując niejako pofabryczne życie miasta. Moja perspektywa też jest inna – był to dla mnie czas pasjonującej pracy, dorastania syna, przeprowadzki. Ta warstewka była cała w błękicie, złocie i zieleni.


Kolejny oddech przyniósł Łodzi XXI wiek. Powoli zaczęła się rodzić inna koncepcja miasta, pod względem liczebności już nie drugiego w Polsce, ale ciekawego, wciąż zmieniającego się, z charakterem i pamięcią o swojej przeszłości. Może za jakiś czas następca prof. Hansa-Jurgena Bomelburga znów je opisze? Równie wyczerpująco, błyskotliwie i z uwagą, dodając do naszego swoje widzenie.

 

Książka „Historia wielokulturowego miasta przemysłowego w XX wieku” jest dostępna w księgarni Wudawnictwa UŁ.

Więcej tekstów autorki znajdziesz TUTAJ.